Wyspa Mljet, piękne odludzie w Chorwacji

Po krótkim pobycie w Parku Narodowym Jezior Plitwickich, wyruszyliśmy w kierunku południa Chorwacji, na wyspę Mljet. W Chorwacji wartych odwiedzenia wysp są dziesiątki, mimo wszystko jakoś łatwo mi było zdecydować, żeby pojechać właśnie na Mljet. Z opisów i zdjęć wydawało się, że wyspa oferuje ekstra widoki i że jest odludna, no i dodatkowo jest tam ciekawy park narodowy do odwiedzenia.

Podróż na wyspę Mljet

Z Plitwic czekał nas kawał drogi, musieliśmy przejechać praktycznie przez całe wybrzeże Chorwacji w kierunku południowym, do miejscowości Prapratno, skąd mieliśmy się przeprawić na wyspę promem. W ramach dodatkowych atrakcji, po drodze przejechaliśmy przez kawałek Bośni i Hercegowiny. Jechało się nieźle, większą część drogi przejechaliśmy autostradą. Po drodze zjedliśmy pyszny obiad, w niepozornej restauracji przy Hotelu Merlot w miejscowości Pogradina nad rzeką Neretwą. W drodze powrotnej specjalnie tak ustawialiśmy posiłki, żeby móc tam zajechać jeszcze raz.

Bez problemu złapaliśmy w Prapratno prom, który był zapełniony na oko w 5% 🙂 Po niecałej godzinie wjechaliśmy na wyspę. Teraz tylko wystarczyło przejechać kilkanaście kilometrów  w kierunku wschodniego krańca wyspy, do miejscowości Saplunara. Nigdy wcześniej w życiu nie jeździłem drogami tak krętymi, wąskimi i eksponowanymi. Okazało się, że nasz pensjonat jest w zasadzie na samym końcu wyspy, z zajebistym widokiem na bajkową zatoczkę 🙂 Dla mnie to miejsce było jak z marzeń. Totalne bezludzie, pokój z tarasem tuż nad zatoką, zielono i piękne widoki dookoła. Najbliższy sklep – jakieś 20 km 🙂

Trafiliśmy na okres, kiedy miejscowi mieszkańcy dopiero przygotowywali się na nadejście sezonu (początek maja). Trochę problematyczne było to, że na wyspie większość knajp była jeszcze pozamykana. Dlatego trochę gotowaliśmy sami w pensjonacie, bo ceny jedzenia “na mieście” były mocno nieprzystępne. W Saplunarze działała restauracja Stermasi: pysznie i stoliki z przekosmicznym widokiem, żarcie zrobione ze zbiorów z ogródka. Podobnie w restauracji Maran w Okuklje.

Co tam robiliśmy? Włóczyliśmy się, wokoło był wybór ścieżek – szlaków, które prowadziły to na plaże, to na widokowe wzgórza. Na wyspie jest sporo starych, niedziałających i malowniczo położonych cerkwi. Jakieś trzydzieści kroków z naszego pensjonatu była piaszczysta plaża.

Park Narodowy Mljet

Jednego dnia wybraliśmy się na drugi (zachodni) koniec wyspy, do Parku Narodowego Mljet. W parku są dwa jeziora, a w zasadzie zatoki (są połączone z morzem). W parku można się przepłynąć łodzią i odwiedzić klasztor Sveta Marija na wysepce na jednym z jezior. Szczególnie fajne było wdrapanie się na jedno ze wzgórz, z piękną panoramą na jeziora. My weszliśmy na Velky Gradac, choć podobno jeszcze fajniejszy widok jest z Montokuc, na które my już nie dotarliśmy.

Na Mljet mieszkaliśmy w Apartmani Posta. Mieliśmy przestronny pokój z tarasem z takim widokiem, że lepszy trudno sobie wymarzyć. Dodatkowo domek stoi na uboczu, nieco dalej niż “centrum” Saplunary. Pani właścicielka była bardzo pomocna i służyła radą.

Dla nas to nie był koniec atrakcji… Jak dotarliśmy na Mljet, Hhabicz już miał się dobrze, i wydawało się, że po infekcji nie ma już śladu. Niestety po trzech dniach obudził się w nocy z bólem zęba, który to ból okazał się bólem ucha. O dziwo, na wyspie na której mieszka na stałe 700 osób, udało nam się znaleźć przesympatycznego lekarza, i nawet była apteka zaopatrzona w antybiotyk. To w każdym razie nie był koniec naszych zdrowotnych przygód w tej podróży. Ale o tym w kolejnym wpisie z pobytu w Dubrowniku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.