Kolej transsyberyjska, 5 dni w pociągu

Kolej transsyberyjska była moim wielkim marzeniem. Nigdy wcześniej nie podróżowałem aż tak daleko. Wydawało mi się wtedy, że jeśli udałoby mi się odbyć taką wycieczkę, to moje podróżnicze żądze na zawsze zostaną zaspokojone. No cóż, trochę się myliłem 🙂

Kolej transsyberyjska – przygotowania

Wycieczkę zacząłem przygotowywać, kiedy dowiedziałem się, że planowane jest otworzenie bezpośrednie połączenia kolejowego Warszawa – Irkuck. Udało się zebrać ekipę w sumie 8 osób. Z ekipy znałem wcześniej tylko mojego kuzyna, cała reszta to byli nieznajomi, którzy okazali się potem sympatycznymi towarzyszami. Zakupiliśmy bilety do Irkucka, równolegle załatwialiśmy wizy. A z tym było trochę zachodu: trzeba było załatwić wizę tranzytową na Białoruś, wizę turystyczną do Rosji i wizę do Mongolii. Formalności z tym było co nie miara, a i tak korzystaliśmy z wyspecjalizowanej firmy pośredniczącej. Nie wiem, jak to wygląda dziś, ale na przykład do wyrobienia wizy rosyjskiej potrzebne było imienne zaproszenie do kraju oraz ubezpieczenie, które trzeba było wykupić w określonej firmie.

Z początkiem lipca ruszyliśmy w nieznane. A działo się to wszystko jakiś czas temu, bo w 2008 roku. Wsiedliśmy do pociągu i zadomowiliśmy się w naszych dwóch 4-osobowych przedziałach. W końcu mieliśmy spędzić tu 5 dni. Jeśli chodzi o samo połączenie Warszawa – Irkuck, to sprowadzało się do jednego wagonu, który kursował w sezonie raz na tydzień. Wagon najpierw był podczepiany do pociągu relacji Warszawa – Mińsk, a potem do pociągu relacji Mińsk – Irkuck. Dlatego też  Mińsku – miejsca przepięcia wagonu – mieliśmy 6 godzin przerwy. Oczywiście wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta.

Kolej transsyberyjska – w Mińsku

Mińsk okazał się miastem bardzo czystym, i takim z mocno widocznym dziedzictwem czasów komunistycznych. Dużo było wielkich gmachów i zabetonowanych placów. Tak sobie spacerowaliśmy, a tu patrzę przy którymś ze skrzyżowań, że po przekątnej znajduje się pałac prezydencki Łukaszenki. Odruchowo wyjąłem aparat, a jakieś 10 sekund później stał już przy mnie milicjant, który osobiście wykasował zdjęcie pałacu 🙂

Podróż koleją transsyberyjską

Wróciliśmy do naszego pociągu i kontynuowaliśmy podróż. Muszę przyznać, że szybko ustalił nam się rytuał spędzania kolejnych dni. Toaleta, posiłki, czytanie książki, rozmowy, wyglądanie przez okno, postoje, sen. Czas mijał znacznie szybciej, niż można było przypuszczać. Podróżowało się całkiem wygodnie. W każdym wagonie były dwie osoby z obsługi, które dbały o czystość i porządek. W wagonie stał samowar, więc nie było żadnego kłopotu z wrzątkiem. Jeśli chodzi o toaletę, też było zupełnie znośnie – pomieszczenie było tak skonstruowane, że można było się polewać wodą, która była odprowadzana na zewnątrz. W połączeniu z zestawem mokrych chusteczek i gąbkami człowiek mógł bez problemu doprowadzić się do porządku.

Każdego dnia pociąg miał dwa dłuższe postoje, które trwały około 30 – 40 minut. W trakcie postojów, na peronie można było zakupić przeróżne rzeczy, nie tylko do jedzenia. Jak dla mnie, system rozwalił jeden koleżka, który przyszedł na peron o ofertą wypchanych ptaków!!!

Kolej transsyberyjska – Cerkiew na Krwi w Jekaterynburgu

Taki dłuższy postój miał miejsce między innymi w Jekaterynburgu. Grzechem byłoby nie wykorzystać tych 40 minut na zwiedzenie Cerkwi na Krwi, która została zbudowana na cześć zamordowanej tu na początku XX wieku rodziny carskiej. Przy czym należy zaznaczyć, że cerkiew jest położona jakieś 2 kilometry od dworca. Do dziś uważam, że to był niesamowity wyczyn, żeby w tym czasie pokonać drogę tam i z powrotem wraz z wizytą w środku cerkwi. A jeśli chodzi o pociągi kolei transsyberyjskiej należy zaznaczyć, że są mega punktualne i nie mają w zwyczaju czekać na spóźnialskich.

Pociąg przejeżdżał m.in przez Kazań, Jekaterynburg, Tiumeń, Omsk, Nowosybirsk i Krasnojarsk. Niesamowite wrażenie wywarły na mnie dworce kolejowe, które były mega zadbane i których poziom znacznie przewyższał nasz Dworzec Centralny, nawet po tych wszystkich remontach.

Kolej trannsyberyjska – w Irkucku

Po pięciu dobach od wyruszenia z Warszawy dotarliśmy około 22:30 czasu lokalnego do Irkucka. W Irkucku mieliśmy zaplanowany jeden nocleg – po to, żeby się zarejestrować w hostelu (takie wymagania administracyjne), i żeby wziąć jakiś prysznic. Mieliśmy zarezerwowany hostel, wydrukowaliśmy mapę z trasą z dworca do hostelu. Zanim zebraliśmy się do wyjścia z dworca, w międzyczasie jakaś miejscowa babcia zdążyła na mnie rzucić znienacka klątwę. Przeszliśmy trasę ok 2 kilometrów, z ciężkimi torbami na plecach.

Przed północą dotarliśmy do hostelu. Hostel… – to bardzo dużo powiedziane. To była jakaś nora w bloku w jednym z mieszkań. Po wejściu do hostelu okazało się, że pani na “recepcji” nic nie wie o naszej rezerwacji, i że nie ma dla nas miejsc. Po krótkiej dyskusji przekonaliśmy ją, żeby zadzwoniła do właściciela. Okazało się, że właściciel postanowił nas zakwaterować w innym miejscu, nie dając nam o tym wcześniej znać. Potem okazało się, że to typowo rosyjskie podejście do klienta w stylu “mam Cię w dupie – to Twój problem”. Tak więc w środku nocy pokonaliśmy kolejne dwa kilometry… W tym drugim hostelu miałem okazję brać prysznic w najbardziej ohydnej łazience, jaką spotkałem w życiu. No nic, w sumie to tylko jedna noc, a w zasadzie kilka godzin.

Następnego dnia rano wyruszaliśmy na wyspę Olchon na Bajkale.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.